330067,13 – 12,04 – 10,30 =…

330067,13 – 12,04 – 10,30 = 330044,79

Za wczoraj i dziś – skleroza nie boli… Generalnie – dwa dni fuckupów plus padnięty garmin (ʘʖ̯ʘ)

Wczorajsze plany były ciut ambitniejsze – ale nie jakoś drastycznie. Obudziłem się co prawda o czasie, ale czynniki zewnętrzne sprawiły, że wyszedłem z łóżka ze sporym opóźnieniem. Potem już typowa ciapowatość – może nawet większa niż zwykle, bo jak określić zejście do garażu… bez spodenek? xD
Kolejna wyprawa na górę – zapomniałem o czołówce. Na dół, gotów do wyjścia… zaraz – gdzie saszetka na telefon? Na górę (-‸ლ)

To jakiś cud, że wystartowałem o 5:01…

Tym razem smog nieco rozwiało – w okolicach 70% max… uznałem, że sobie śmignę bez maski. Ruszyłem na trasę 11 km, którą – w zależności od humoru – mogę skrócić w razie czego nawet do okolic 8 km albo dowolnie wydłużyć. Jako, że było późno to pocisnąłem nieco i udało się nawet dość podgonić, bo w okolicach 11. kilometra uznałem, że można spokojnie jeszcze jeden dokleić. Koniec końców tempo wyszło 5:26.

A dzisiaj… ech, szkoda gadać. Pobudka, wszystko lux, wstaję, idę po ciuchy… FUCK! Nie wsadziłem prania na noc do domu, wszystko mokrusieńkie. Szybka wyprawa na górę, poszukiwanie czegokolwiek nadającego się do biegania… Co prawda na zewnątrz 1°C, ale nie chciałem zakładać długich ciuchów – ale musiałem się zadowolić portkami 3/4.
I kiedy już schodziłem na dół, zegarek zabipał „pozostało 5% energii” WTF? Wczoraj wieczorem naładowałem! (╯°□°)╯︵ ┻━┻

No nic, podłączyłem go na chwilę do ładowania i w międzyczasie wyrzuciłem śmieci, nakarmiłem koty… Dobił do 18%. Wychodzimy.

Już wcześniej, obczajając gdzie są moje ciuchy, poczułem na zewnątrz smród. Aż sprawdziłem warunki – i może nie były jakieś tragiczne (rzędu 120-140%)… ale śmierdziało straszliwie. Oczywiście – maska. I gigantyczne opóźnienie, przez co wystartowałem dopiero o 5:20.

Przyspieszyłem jak się tylko dało, chcąc zaliczyć choćby tych 8 km. Ale moje starania przyniosły nawet lepszy efekt od zamierzonego, i w okolicach szóstego kilometra widziałem, że spokojnie można się pokusić o dychę. Tak też zrobiłem… i gdy dobiegałem do 7. kilometra, usłyszałem „beep beep beep of death”. Po zaledwie 35 minutach garmin zdechłヽ( ͠°෴ °)ノ
Znaczy się dupa, awaria i przesrane. Trudno, zatrzymałem się, odpaliłem Stravę żeby zarejestrować resztę i poleciałem dalej – i tak już do domu, z krótkim przystankiem w biedronce coby jakieś pomidorki na śniadanie były.

Póki garmin nie padł, szło ładnie – średnia 5:18 min/km. Potem już słabiej, 5:31 min/km – nie dziwota, główny podbieg jest pod koniec. Średnio wychodzi jakieś 5:20.

A Garmin chyba na dobre zdechł, właśnie załatwiam reklamację – w godzinę czuwania traci 15% baterii ( ͡° ʖ̯ ͡°)

Miłego!

pokaż spoiler #sztafeta #bieganie #biegajzwykopem #enronczlapie #ruszkrakow